Wyjechali w marcu, z pełnym zbiornikiem paliwa, bagażnikiem wypchanym suchymi produktami z polskich sklepów i wyobrażeniem o roku spędzonym wśród fiordów. Wszystko to, co widzieli wcześniej na blogach i w relacjach innych podróżników, składało się na jeden spójny obraz: wolność, przestrzeń, dzika przyroda dostępna na wyciągnięcie ręki. Rok później wiedzą, że ten obraz był prawdziwy — ale niekompletny.
Norweskie prawo do wędrówki, zwane allemannsretten, faktycznie pozwala zatrzymać kampera na nieogrodzonym terenie. Pod warunkiem jednak, że stoi co najmniej 150 metrów od zamieszkanego domu lub cabinu. W praktyce, szczególnie w pobliżu popularnych punktów widokowych i turystycznych miejscowości, znalezienie takiego miejsca wymaga czasu i cierpliwości. W sezonie letnim — od czerwca do sierpnia — najlepsze lokalizacje są zajęte już wczesnym popołudniem. Kto przyjedzie wieczorem, może liczyć na to, że zostanie mu parking przy stacji benzynowej albo płatny kemping z kolejką do prysznica.
Koszty były jedną z największych niespodzianek. Nie dlatego, że nikt o nich nie wspominał — Norwegia jest droga, to powszechna wiedza — ale dlatego, że konkretne pozycje w budżecie okazały się inne niż się spodziewali. Paliwo zjadało duże kwoty, podobnie jak promy — a Norwegia jest krajem, w którym drogi wielokrotnie urywają się na brzegu fiordu i jedyną opcją jest przeprawa. Przy dłuższej trasie kilka dni z rzędu może oznaczać kilkadziesiąt euro samych kosztów promowych. Przywiezienie zapasów suchych produktów z Polski — makaronu, konserw, kawy — faktycznie miało sens ekonomiczny.
Drogi to osobny temat. Norweskie szosy regionalne i górskie przełęcze bywają wąskie w stopniu, który na zdjęciach satelitarnych nie jest widoczny, a przy kierownicy kampera o szerokości ponad 2,5 metra robi się z tego konkretny problem. Rodzina kilkakrotnie trafiła na odcinki, gdzie minięcie się z nadjeżdżającym autem wymagało zatrzymania się i powolnego wymijania centymetr po centymetrze. Znaki ograniczające wjazd dla pojazdów powyżej określonej długości lub szerokości są w Norwegii poważnie traktowane — i słusznie, bo nie są tam po to, żeby odstraszać turystów, lecz żeby chronić infrastrukturę i bezpieczeństwo.
Lofoty wyglądały tak, jak na zdjęciach. To rzadkość, ale w tym przypadku rzeczywistość nie rozczarowała. Czerwone rybackie cabiny odbite w spokojnej wodzie, skaliste szczyty wchodzące prosto w chmury, sierpniowe noce, które nie są całkiem ciemne. Wyspy Senja, mniej oblegane niż Lofoty, okazały się miłą niespodzianką — szlak na Seglę oferuje widoki porównywalne do najlepszych miejsc w kraju, a parking przy trailhead jest mniejszy i spokojniejszy. Rejon Geirangerfjordu jest piękny i klasyfikowany przez UNESCO, co w połączeniu z łatwą dostępnością oznacza też największe tłumy na całej trasie.

Przez rok nauczyli się jednej rzeczy, której żaden blog im wcześniej nie przekazał wprost: Norwegia jest krajem, który nagradza elastyczność, a karze sztywny plan. Rezerwowanie konkretnych miejsc noclegowych z dużym wyprzedzeniem w kamperze nie ma sensu — pogoda zmienia się gwałtownie, drogi bywają zamknięte, a najlepsze miejsca do zatrzymania się często pojawiają się zupełnie niespodziewanie, przy zakręcie, którego nie było na żadnej mapie. Kto to rozumiał od początku, miał zdecydowanie lepszy rok.
