Norweski sąd najwyższy zmienił interpretację prawa naftowego , Equinor traci miliardy?

Norweskie sądy od kilku lat zmagają się z pytaniem, które brzmi pozornie technicznie, ale w praktyce dotyczy samych podstaw tamtejszego przemysłu naftowego: czy koncesje na wydobycie ropy muszą uwzględniać emisje powstające przy jej spalaniu — nawet jeśli to spalanie odbywa się tysiące kilometrów dalej, w elektrowni w Niemczech albo w silniku samochodu w Korei Południowej? Borgarting Court of Appeal odpowiedział na to pytanie: tak, muszą. I w tej jednej odpowiedzi kryje się poważny problem dla Equinora i całego norweskiego sektora wydobywczego.

Sprawa dotyczy trzech złóż na Morzu Północnym — Breidablikk (należącego do Equinora) oraz Yggdrasil i Tyrving (Aker BP). Organizacje ekologiczne, w tym norweski oddział Greenpeace, zaskarżyły decyzje Ministerstwa Energii zatwierdzające plany zagospodarowania tych pól. Argumentowały, że organ wydający zgodę nie przeprowadził rzetelnej oceny klimatycznej — konkretnie: nie wziął pod uwagę tzw. emisji zakresu 3, czyli tych powstających przy spalaniu wydobytego surowca przez końcowych odbiorców. Sąd apelacyjny przyznał im rację i uznał wydane koncesje za nieważne.

Brzmi to jak przełom — i w pewnym sensie nim jest. Ale ważny szczegół polega na tym, że sąd nie nakazał wstrzymania wydobycia. Uzasadnił to bezpieczeństwem energetycznym: nagłe zatrzymanie produkcji byłoby zbyt dotkliwe dla rynków gazowych, na których Norwegia odgrywa w Europie niebagatelną rolę. Firmy mogą więc kontynuować działalność, ale — jak zaznaczył sąd — na własne ryzyko, do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia przez Sąd Najwyższy.

I tu zaczyna się właściwa stawka tej historii. Equinor nie traci dziś miliardów koron w dosłownym sensie — wydobycie trwa, przychody płyną, platformy na Morzu Północnym pracują bez przerwy. Ale całe to postępowanie rzuca bardzo długi cień na przyszłość. Jeśli Sąd Najwyższy podtrzyma wyrok apelacyjny i uzna emisje zakresu 3 za element obowiązkowej oceny środowiskowej, każdy nowy projekt wydobywczy stanie się polem minowym prawnym. Zatwierdzenie koncesji będzie trudniejsze, droższe i bardziej podatne na zaskarżenie.

Equinor wyraźnie to dostrzega. Spółka naciska na rząd norweski, żeby uściślił procedury środowiskowe tak, aby przyszłe decyzje były odporniejsze na podobne zarzuty. Chodzi w istocie o to, żeby prawo zostało doprecyzowane zanim kolejna koncesja trafi przed sąd. To logiczne posunięcie, ale też świadectwo tego, że firma traktuje ryzyko prawne poważnie — i nie spodziewa się, że Sąd Najwyższy definitywnie odepchnie linię argumentacji reprezentowaną przez organizacje ekologiczne.

- Reklama -

Trudno oprzeć się refleksji, że ta sprawa to coś więcej niż norweski spór sądowy. Jeśli sąd najwyższej instancji utrzyma wyrok, Norwegia stanie się pierwszym krajem, w którym emisje powstające poza granicami państwa stają się prawnie wiążącym kryterium przy zatwierdzaniu krajowych projektów wydobywczych. To precedens, który — w zależności od finału — może albo pozostać osobliwością norweskiego prawa konstytucyjnego, albo stać się punktem odniesienia dla podobnych spraw w innych krajach OECD.

Norweski sąd najwyższy zmienił interpretację prawa naftowego
Norweski sąd najwyższy zmienił interpretację prawa naftowego

Na razie platformy pracują, tankowce odpływają z norweskich fiordów, a prawnicy obu stron przygotowują argumenty na najwyższy szczebel. Ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła. Ale ramy tej debaty zmieniły się już nieodwracalnie.

Udostępnij ten artykuł