Oslo od kilku lat regularnie trafia na listy najdroższych miast do życia w Europie. Nie jest to nowa obserwacja. Ale to, co zmienia się wyraźnie w ostatnich sezonach, to tempo, w jakim mieszkania znikają z rynku najmu długoterminowego — i coraz głośniejsza frustracja samych mieszkańców, którzy mają poczucie, że ich miasto jest stopniowo przekształcane z miejsca do życia w cel turystyczny.
Mechanizm jest prosty. Właściciel mieszkania w centrum Oslo może zarobić na najmie krótkoterminowym przez Airbnb kilkakrotnie więcej niż na standardowej umowie z najemcą na rok lub dwa lata. Przy obecnych cenach noclegów w norweskiej stolicy ta kalkulacja wychodzi jednoznacznie na korzyść turysty. W efekcie mieszkania, które jeszcze kilka lat temu zajmowali studenci, pielęgniarki czy młode pary, stoją dziś puste poza sezonem albo zarabiają przez 365 dni na walizki przyjeżdżające z Niemiec, Francji i Stanów Zjednoczonych. Zasób dostępnych mieszkań na wynajem długoterminowy kurczy się, a rynek reaguje rosnącymi cenami.
Grünerløkka, przez lata jedno z bardziej dostępnych i żywych kulturalnie dzielnic Oslo, jest teraz wymieniana przez miejscowych jako przykład gentryfikacji napędzanej turystyką. Sklepy z winylami i małe kawiarnie ustępują miejsca butikowym hotelom i restauracjom nastawionym na gości z zewnątrz, a czynsze rosną szybciej niż zarobki mieszkańców.
Długoletni lokatorzy wyprowadzają się do dalszych dzielnic — Groruddalen, Søndre Nordstrand — gdzie transport publiczny jest gorszy, a dojazd do centrum zajmuje pół godziny dłużej. To nie jest zjawisko nowe dla europejskich miast, ale w Oslo nabiera szczególnej ostrości, bo zarobki są wysokie w liczbach bezwzględnych, lecz nie nadążają za tempem wzrostu kosztów mieszkaniowych.
Sytuację komplikuje dodatkowo chroniczny niedobór nowej podaży. Liczba nowych inwestycji mieszkaniowych w Oslo spada od kilku lat. Biurokracja planistyczna, rosnące koszty budowy i problemy z finansowaniem projektów deweloperskich powodują, że liczba oddawanych mieszkań jest wyraźnie niższa niż popyt. Gdy do tego dochodzi odpływ lokali do sektora turystycznego, napięcie na rynku staje się jeszcze bardziej odczuwalne. Osoby szukające mieszkania na wynajem w przystępnej cenie trafiają na dziesiątki chętnych na każde ogłoszenie.
Dane dotyczące obciążeń finansowych mówią same za siebie. Znaczna część mieszkańców Oslo przeznacza ponad trzydzieści procent miesięcznego dochodu na koszty mieszkaniowe — próg uznawany za granicę przeciążenia budżetu domowego. Przy takich liczbach oszczędzanie na wkład własny do zakupu mieszkania staje się dla wielu Norwegów abstrakcją, nie celem realnym do osiągnięcia w perspektywie kilku lat.
W 2023 i 2024 roku Oslo było świadkiem kilku demonstracji domagających się dostępu do przystępnych cenowo mieszkań — coś, co w Norwegii, kraju z jednym z wyższych standardów życia na świecie, do niedawna byłoby trudne do wyobrażenia jako źródło ulicznych protestów.
Władze Oslo reagują ostrożnie. Miasto wprowadziło pewne ograniczenia dotyczące krótkoterminowego wynajmu, w tym limit liczby nocy, przez które właściciel może wynajmować mieszkanie turystom bez rejestracji działalności. Podobne regulacje obowiązują w Barcelonie, Amsterdamie czy Berlinie.

Efekty tych przepisów są jednak połowiczne — egzekucja jest trudna, a skala problemu przekracza możliwości miejskich urzędników. Czy Oslo zdoła znaleźć równowagę między turystyką a potrzebami mieszkańców, zależy w dużej mierze od decyzji politycznych w najbliższych dwóch, trzech latach — i od tego, czy rząd zdecyduje się na twarde regulacje rynku najmu krótkoterminowego na poziomie krajowym.
