Zima w Szwecji bez nart ma sens — i to całkowity. Tylko że trzeba wiedzieć, gdzie jechać i czego szukać, bo inaczej można skończyć z tygodniem spędzonym w szarym Göteborgu w deszczu ze śniegiem, zastanawiając się, o co chodziło wszystkim zachwyconym recenzjom. Różnica między szwedzką zimą jako rozczarowaniem a szwedzką zimą jako doświadczeniem, o którym się opowiada przez kolejne lata, leży głównie w kierunku podróży.
Szwedzka Laponia, a konkretnie rejon Kiruna i park narodowy Abisko, to jedno z najlepszych miejsc w Europie do obserwowania zorzy polarnej. Nie z powodu marketingu, ale ze względu na realne warunki: czyste niebo, minimalne zanieczyszczenie świetlne i stosunkowo stabilna pogoda w rejonie jeziora Torneträsk. Abisko Tourist Station oferuje całą infrastrukturę dla turystów nienawiązujących żadnego kontaktu z nartami — snowmobile safari, snowshoeing, wyprawy lodołownicze i zorza. Wydawałoby się, że takie propozycje to niszowa oferta dla wyjątkowo zmotywowanych podróżnych. Tymczasem miejsca przy prowadzonych przez lokalnych przewodników wycieczkach nocnych rozchodzą się tygodnie z wyprzedzeniem.
Icehotel w Jukkasjärvi — wiosce kilkanaście kilometrów od Kiruna — istnieje od 1989 roku i co roku jest budowany od nowa. W zimie można spać w pokojach wyrzeźbionych z lodu rzeki Torne, opatulony w specjalny śpiwór i odzież arktyczną, albo wybrać opcję podgrzewanych chaletów z zewnętrznym dostępem do lodowych sal wystawowych. Ceny nie należą do niskich, ale sam obiekt jest czymś rzadko spotykanym — hotelem, który co rok jest tworzony przez artystów z różnych krajów i co rok wygląda inaczej. Latem topi się całkowicie i zostaje odbudowany następnej jesieni.
Arctic Bath w Harads to z kolei coś dla osób szukających połączenia sauny, zimnej wody i nieoczywistej architektury. Kompleks unosi się na rzece Lule i oferuje kontrast terapeutyczny w wariancie subpolarnym: rozgrzana sauna, kilkanaście sekund w lodowatej wodzie, powtórz do skutku. Przy temperaturach dochodzących do minus dwudziestu stopni Celsjusza w głębi zimy jest to doświadczenie wyraźnie inne niż cokolwiek dostępnego w Polsce.
Kwestia krótkich dni w grudniu i styczniu — zaledwie cztery do pięciu godzin światła — często pojawia się jako argument przeciw. W praktyce ten ograniczony czas niemal zawsze jest kompensowany jakością tego światła: niskokątne słońce odbijające się od śniegu tworzy specyficzną, niebiesko-różową poświatę, której w ciepłej porze roku po prostu nie ma. Zorza z kolei jest aktywna nocą, więc ciemność staje się atutem. Tyle że to podejście wymaga nastawienia do nocy jako do czasu aktywności, a nie jako problemu.

Dla tych, którzy wolimy pozostać bliżej infrastruktury miejskiej, Sztokholm zimą to zupełnie inny wyjazd niż latem. Muzea są dostępne bez kolejek, Gamla Stan wygląda jak miasto z dawnego widokówki kiedy leży na nim choćby kilkanaście centymetrów śniegu, a restauracje w wielu dzielnicach — od Södermalmu po Östermalm — są w szczycie sezonu bez typowego letniego tłoku. Ceny hoteli są w grudniu i lutym wyraźnie niższe niż w czerwcu.
