W 2013 roku norwescy dziennikarze i Greenpeace ujawnili dokument, który Ministerstwo Ropy Naftowej i Energii wolało zachować dla siebie. Analiza przygotowana przez Dyrektoriat Naftowy wskazywała, że otwarcie nowych obszarów na wydobycie ropy w Morzu Barentsa prawdopodobnie przyniesie Norwegii straty liczone w miliardach koron, a nie zyski, na które liczył rząd. Parlament nigdy nie zobaczył tej wersji dokumentu. Głosował na podstawie starszych, nieaktualnych danych.
Ujawnienie tego faktu wywołało w Norwegii poważną debatę — nie tylko o Arktyce, ale o tym, jak rząd informuje (albo nie informuje) swoich ustawodawców w sprawach o strategicznym znaczeniu. Norwegia uchodzi za kraj o wysokich standardach przejrzystości i dobrego rządzenia. Właśnie dlatego historia z ukrytym raportem uderzyła tak mocno — nie tylko dlatego, że doszło do zatajenia informacji, ale dlatego, że doszło do niego w kraju, który miał to robić lepiej niż inni.
Mechanizm był prosty i przez to niepokojący. Dyrektoriat Naftowy przygotował zaktualizowaną analizę ekonomiczną — bardziej pesymistyczną niż wcześniejsze szacunki. Ministerstwo dysponowało tym dokumentem, gdy trwały prace nad decyzją o udostępnieniu nowych obszarów arktycznych dla przemysłu naftowego. Parlament nie otrzymał aktualnej wersji. Głosował w oparciu o dane, które już wówczas były przestarzałe i, jak pokazała ujawniona analiza, zbyt optymistyczne co do opłacalności inwestycji.
Wynik tego głosowania był realny i nieodwracalny: rozległe obszary Morza Barentsa zostały otwarte dla działalności naftowej i gazowej. Decyzja podjęta na podstawie fałszywych przesłanek zatoczyła konkretne prawne i środowiskowe kręgi. Organizacje ekologiczne, w tym Greenpeace, wykorzystały te informacje w trwających postępowaniach sądowych kwestionujących norweską politykę licencyjną na obszarach arktycznych. Sprawa stała się częścią szerszego sporu o to, czy Norwegia — kraj budujący swój dobrobyt na eksporcie ropy — może jednocześnie wiarygodnie mówić o odpowiedzialności klimatycznej.
Można zapytać, dlaczego rząd zdecydował się nie przekazywać nowej analizy parlamentarzystom. Oficjalnych wyjaśnień nie było wiele i żadne z nich nie brzmiało przekonująco. Bardziej prawdopodobna interpretacja jest taka, że zaktualizowane dane po prostu nie pasowały do narracji, którą ministerstwo chciało przedstawić — narracji o Arktyce jako opłacalnym kierunku ekspansji naftowej. Prezentowanie wyliczeń wskazujących na straty byłoby politycznie kłopotliwe w momencie, gdy trwały konsultacje nad otwarciem nowych bloków.
Sprawa wróciła w kolejnych latach przy okazji norweskich sporów prawnych o klimat i Arktykę. W 2016 roku Greenpeace i organizacja Natur og Ungdom złożyły pozew przeciwko państwu norweskiemu, twierdząc, że dalsze wydawanie licencji na wydobycie ropy narusza norweską konstytucję w zakresie prawa do środowiska naturalnego. Choć sądy ostatecznie nie przyznały racji powodom w głównym zarzucie, sam proces — i wcześniejsze ujawnienie ukrytego raportu — na trwale zmieniły ton publicznej dyskusji o norweskim przemyśle naftowym.

Dziennikarskie śledztwo z 2013 roku było w gruncie rzeczy testem dla norweskich instytucji. Ujawnienie dokumentu było możliwe dlatego, że norweskie prawo dostępu do informacji publicznej działa — choć z oporami. Czy rząd wyciągnął wnioski z tego epizodu, jest pytaniem, na które odpowiedź zależy od tego, kogo się zapyta. Przemysł naftowy w Norwegii działa nadal, licencje arktyczne są nadal wydawane, a debata o granicach wydobycia wciąż trwa.
