UOKiK stawia zarzuty Google. Chodzi o pieniądze za treści polskich wydawców

UOKiK podejrzewa Google o nadużywanie pozycji dominującej podczas negocjacji z polskimi wydawcami. Zarzuty dotyczą czterech spółek grupy.

Pan.Paweł

UOKiK postawił zarzuty czterem spółkom z grupy Google w związku z negocjacjami dotyczącymi wynagrodzeń dla polskich wydawców. Urząd podejrzewa, że koncern mógł wykorzystać dominującą pozycję, nie przekazując danych potrzebnych do sprawdzenia proponowanych stawek. Google odrzuca zarzut, że nie prowadzi rzeczywistych negocjacji, i wskazuje na zawarte już umowy licencyjne.

Sprawa dotyczy publikacji prasowych pojawiających się w wyszukiwarce Google, Google News i Google Discover.

5 października Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów poinformował o postawieniu zarzutów czterem spółkom:

Alphabet Inc., Google LLC, Google Ireland Limited oraz Google Poland.

- Reklama -

Nie oznacza to jeszcze stwierdzenia naruszenia prawa ani nałożenia kary.

Postępowanie ma dopiero ustalić, czy podczas negocjacji z polskimi wydawcami Google rzeczywiście nadużywał swojej pozycji dominującej.

UOKiK: wydawcy nie dostawali danych potrzebnych do negocjacji

Sednem sprawy nie jest samo to, czy Google zaproponowało wydawcom wysokie czy niskie wynagrodzenie.

UOKiK kwestionuje przede wszystkim sposób prowadzenia negocjacji.

Według informacji zebranych przez urząd Google, przedstawiając propozycje wynagrodzenia, miało nie przekazywać wydawcom pełnych informacji pozwalających sprawdzić, jak wyliczono oferowaną kwotę.

Chodzi między innymi o:

  • sposób wykorzystania publikacji prasowych,
  • przychody związane z wykorzystywaniem tych materiałów,
  • parametry zastosowane przy obliczaniu wynagrodzenia,
  • dokumenty pozwalające zweryfikować założenia kalkulacji.

UOKiK uważa, że mogło to prowadzić do asymetrii informacji: Google znało sposób działania swoich usług i ekonomiczną wartość treści, podczas gdy wydawcy nie mieli danych pozwalających samodzielnie ocenić ofertę.

– Big techy nie mogą stawiać się ponad prawem – powiedział prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

Według urzędu negocjacje bez dostępu do wymaganych informacji mogły w praktyce prowadzić do narzucania warunków przez silniejszą stronę.

Co dokładnie zmieniło się w polskim prawie?

Podstawą całego sporu jest nowelizacja ustawy o prawie autorskim, która weszła w życie 20 września 2024 roku.

Polska wdrożyła w ten sposób unijną dyrektywę DSM dotyczącą praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.

Nowe przepisy przyznały wydawcom publikacji prasowych prawo do wynagrodzenia za określone sposoby internetowego wykorzystywania ich materiałów przez platformy cyfrowe.

Co szczególnie ważne w obecnym postępowaniu, ustawa daje wydawcy również prawo do uzyskania od platformy aktualnych informacji oraz dostępu do dokumentacji mającej znaczenie dla ustalenia wynagrodzenia.

Przy ustalaniu jego wysokości strony powinny brać pod uwagę między innymi przychody uzyskiwane przez platformę z wykorzystywania publikacji – w tym przychody reklamowe – rodzaj publikowanych materiałów oraz okres korzystania z nich.

Dlatego brak danych nie jest wyłącznie problemem negocjacyjnym. Obowiązek informacyjny wynika bezpośrednio z przepisów.

UOKiK nie ustali Google ceny

To jedna z najważniejszych rzeczy w całej sprawie.

Postępowanie UOKiK nie służy ustaleniu konkretnej stawki, którą Google powinno płacić polskim mediom.

Urząd bada możliwe naruszenie prawa konkurencji.

Jeśli Google i wydawcy nie osiągną porozumienia w sprawie ceny, polskie prawo przewiduje oddzielną procedurę z udziałem Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Najpierw strony powinny negocjować samodzielnie.

Jeżeli przez trzy miesiące od przedstawienia oferty nie osiągną porozumienia, każda z nich może zwrócić się do Prezesa UKE o mediację.

Jeśli również mediacja nie przyniesie ugody, Prezes UKE może na wniosek strony wydać orzeczenie określające wysokość wynagrodzenia albo sposób jego ustalania.

UOKiK i UKE pełnią więc w tym systemie zupełnie różne role.

Google: mamy umowy z ponad 20 wydawcami

Google odpowiedziało już na zarzuty polskiego urzędu.

Firma twierdzi, że aktywnie negocjuje z polskimi mediami i stosuje taką samą metodologię, jak w innych państwach europejskich.

Według stanowiska przekazanego polskim mediom Google podpisało w Polsce umowy z ponad 20 wydawcami, obejmujące ponad 70 serwisów informacyjnych. W całej Unii Europejskiej umowy licencyjne mają obejmować ponad 5500 serwisów.

Google wskazuje, że przy wyliczaniu stawek bierze pod uwagę m.in. częstotliwość wyświetlania treści oraz przychody reklamowe generowane przy ich podglądzie.

Koncern podkreśla również, że umowy licencyjne obejmują około 80 proc. krótkich fragmentów wiadomości pokazywanych europejskim użytkownikom w wyszukiwarce, Google News i Discover.

UOKiK pozostaje jednak przy stanowisku, że większość polskich wydawców nadal nie posiada umowy określającej zasady korzystania z ich materiałów i wysokość wynagrodzenia.

Samo istnienie części podpisanych umów nie rozstrzyga więc zarzutów dotyczących sposobu prowadzenia negocjacji.

Kara może wynieść do 10 proc. obrotu

Jeżeli UOKiK ostatecznie stwierdzi nadużywanie pozycji dominującej, maksymalna kara może wynieść do 10 proc. obrotu przedsiębiorcy.

Nie oznacza to jednak, że Google już taką karę otrzymało.

Postępowanie trwa, a urząd zaznacza, że będzie osobno analizował odpowiedzialność Alphabet Inc., Google LLC, Google Ireland Limited i Google Poland.

Samo posiadanie pozycji dominującej również nie jest nielegalne.

Prawo konkurencji zabrania dopiero jej nadużywania – np. wykorzystywania przewagi do narzucania kontrahentom warunków, których nie byliby w stanie skutecznie negocjować.

W tle jest problem „zero click”

Spór o wynagrodzenie ma znacznie szersze znaczenie niż podział przychodów pomiędzy Google i największe redakcje.

Model, na którym przez lata działało wiele portali, był stosunkowo prosty: wyszukiwarka pokazywała nagłówek i link, użytkownik przechodził na stronę wydawcy, a portal zarabiał na reklamach lub subskrypcji.

Ten model coraz częściej się zmienia.

UOKiK sam wskazuje w swoim komunikacie, że użytkownicy mogą zatrzymywać się na fragmentach publikacji wyświetlanych bezpośrednio przez wyszukiwarkę albo korzystać z generowanych przez AI syntez informacji.

Jeśli odpowiedź można uzyskać bez wejścia na stronę źródłową, wydawca może stracić część ruchu, mimo że jego treść pomaga stworzyć wynik pokazany użytkownikowi.

Na skandynawiainfo.pl/ opisywaliśmy już szerzej jak AI zmienia ruch w mediach internetowych i dlaczego rośnie znaczenie wyszukiwań bez kliknięcia.

To właśnie ekonomiczna wartość tego ruchu – albo jego braku – znajduje się w centrum coraz większej liczby sporów pomiędzy wydawcami i platformami technologicznymi.

Komisja Europejska prowadzi oddzielne postępowanie

Do polskiej sprawy dochodzi jeszcze działanie Komisji Europejskiej, ale nie należy mieszać obu postępowań.

UOKiK bada negocjacje dotyczące Google Search, Google News i Google Discover oraz obowiązków wynikających z polskiego prawa.

Komisja Europejska prowadzi natomiast od grudnia 2025 roku oddzielne postępowanie dotyczące wykorzystania treści wydawców w usługach wykorzystujących sztuczną inteligencję, przede wszystkim AI Overviews i AI Mode.

Komisja bada między innymi, czy Google wykorzystuje treści wydawców do generowania odpowiedzi AI bez odpowiedniego wynagrodzenia oraz czy wydawcy mogą odmówić takiego wykorzystania bez utraty dostępu do zwykłych wyników Google Search.

UOKiK wyraźnie zaznacza, że oba postępowania są niezależne od siebie i ich zakres został uzgodniony z Komisją przed postawieniem zarzutów w Polsce.

Na skandynawiainfo.pl/ opisywaliśmy również dlaczego wydawcy na świecie coraz częściej wchodzą w spory prawne z firmami AI o wykorzystywanie ich treści.

Polskie postępowanie jest jednak inne: tutaj centralnym pytaniem nie jest obecnie to, czy Google w ogóle powinno płacić, lecz czy wydawcy otrzymali informacje wymagane prawem, aby mogli prowadzić rzeczywiste negocjacje dotyczące wysokości tego wynagrodzenia.

Udostępnij ten artykuł