Kiedy Pfizer zapłacił do dziesięciu miliardów dolarów za Metserę — kliniczną firmę zajmującą się lekami na otyłość — wiele osób w branży farmaceutycznej wzruszyło ramionami. Duże przejęcia są w tej branży normą. Ale kiedy spojrzy się na to, co dzieje się w krajach nordyckich w ostatnich latach, wyłania się coś bardziej interesującego: regularny odpływ młodych, dobrze sfinansowanych firm biotech z Oslo, Kopenhagi, Sztokholmu i Helsinek wprost do portfeli globalnych koncernów. Nie jeden przypadek, lecz wzorzec.
Skandynawia od dawna produkuje dobrej jakości naukę. Mocne uniwersytety, stabilne finansowanie publiczne badań, kultury organizacyjne sprzyjające eksperymentowaniu — to środowisko, w którym spółki biotechnologiczne mają szansę dorosnąć do momentu, gdy stają się atrakcyjnym celem przejęcia. Duńska firma Genmab, specjalizująca się w przeciwciałach monoklonalnych, budowała swoją wartość przez lata, zanim jej partnerstwa z Janssen i AbbVie uczyniły z niej jeden z najciekawszych przypadków w europejskiej biotechnologii. To nie był wynik jednej szczęśliwej decyzji, lecz dekada cierpliwej pracy.
Norwegia jest w tym ekosystemie mniejszym graczem niż Dania czy Szwecja, ale nie nieobecnym. Oslo Science Park i środowisko skupione wokół Instytutu Badań Raka oraz Szpitala Radiumhospitalet regularnie generuje spółki spinoffowe z portfelem własności intelektualnej wartym uwagi dużych firm. Obszary onkologii i immunologii są tu szczególnie aktywne, częściowo dlatego, że tamtejsza baza kliniczna i system rejestrów medycznych pozwalają prowadzić badania na poziomie, który w innych krajach byłby logistycznie trudniejszy do osiągnięcia.
Mechanika tych przejęć rzadko jest spektakularna. Zazwyczaj wygląda to tak: mała firma ma cząsteczkę albo platformę w fazie klinicznej, duży gracz widzi, że własne rozwijanie tego aktywa kosztowałoby więcej i trwałoby dłużej niż zakup gotowego, i dochodzi do negocjacji. Pfizer po nieudanym wyścigu po własny lek na otyłość — po tym, jak ich własny kandydat danaglipron wykazał zbyt dużo efektów ubocznych — zapłacił miliardami za zewnętrzne rozwiązanie. To logika, która napędza rynek przejęć w farmacji i sprawia, że małe firmy z Północy Europy są w nim coraz bardziej widoczne.
Co ciekawe, założyciele tych firm stają się coraz młodsi — albo przynajmniej tak to wygląda z zewnątrz. Modele edukacyjne w krajach skandynawskich, gdzie doktoraty są stosunkowo krótkie i skierowane na praktyczne zastosowania, kombinacja z dostępem do kapitału venture i mentoringiem od doświadczonych przedsiębiorców z poprzednich cykli, sprawiają, że trzydziestokilkuletni naukowcy-założyciele nie są tu rzadkością. Część z nich trafia na pierwsze duże wyjście zanim skończą czterdziestkę.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że ten rynek jest wciąż niewystarczająco opisany poza branżą. Przejęcia nordyckich firm przez Big Pharma rzadko trafiają na pierwsze strony gazet — transakcje za trzysta czy czterysta milionów dolarów są w farmacji zbyt małe, żeby wzbudzać szerokie zainteresowanie. Ale sumując te ruchy rok po roku, widać, że Skandynawia cicho i systematycznie eksportuje swoje odkrycia naukowe do globalnego obiegu. Pytanie, czy kiedyś zdecyduje się budować globalne koncerny u siebie, zamiast sprzedawać je zanim dojrzeją.
