W tym tygodniu Szwedzi wprowadzili okres amnestii dla osób posiadających granaty ręczne oraz inne materiały wybuchowe. Rząd gwarantuje, że ci, którzy dobrowolnie zgłoszą się na policję i zadeklarują, że są w posiadaniu sprzętu pirotechnicznego, nie będą podlegali żadnej karze.

Amnestia ruszyła oficjalnie 15 października i potrwa do 11 stycznia przyszłego roku. Akcja ma na celu usunięcie pocisków wybuchowych ze szwedzkich ulic. Granaty ręczne bardzo często używane są bowiem podczas bandyckich porachunków, m.in. przez gangsterów. Projekt amnestii nagłośniła szwedzka telewizja publiczna.

Już wcześniej organizowano amnestie ukierunkowane na posiadaczy broni. Teraz sprawy mają się nieco inaczej: rząd chce, by przestępcy nie przynosili materiałów wybuchowych na posterunki policji, a wzywali odpowiednie organy tam, gdzie broń jest przechowywana. Na miejscu zjawią się odpowiedni oficerowie, którzy będą mogli ocenić, czy rozbrajaniem pocisku nie powinny zająć się wykwalifikowane jednostki saperskie.

Kierownik projektu, Bengt Grönlund, powiedział:

„Wszyscy chcemy żyć w bezpiecznym społeczeństwie. Mamy nadzieję, że dzięki amnestii w środowiskach przestępczych spadnie zasięg posługiwania się bronią pociskową, np. granatami.”



W ciągu minionych lat zanotowano znaczny wzrost procentowy w przypadku zbrodni z użyciem materiałów wybuchowych. Ręczne granaty stały się wśród szwedzkich kryminalistów popularnym środkiem bojowym.

Komisarz Gunnar Appelgren współpracuje ze sztokholmską policją i zwalcza konflikty gangsterskie. Funkcjonariusz zaznacza, że granat ręczny to broń stosunkowo łatwa do zdobycia.

Wiosną Szwedzkie Centrum Kryminalistyczne (NFC) opublikowało raport, z którego wynika, że w 2017 roku na terenie całego kraju granat ręczny został odpalony 43 razy. Niektóre z tych incydentów rozegrały się w środowiskach przestępczych i stanowiły gangsterskie porachunki. Kiedy indziej pociski celowane były w posterunki policyjne. W październiku ubiegłego roku obrzucony granatami został posterunek w Helsingborgu. Premier Stefan Löfven uznał wtedy, że doszło do „zamachu na demokrację”.