Bergen rybny rynek — Fisketorget — działa na nabrzeżu od średniowiecza, a i tak co sezon sprawia wrażenie nowości. Latem i jesienią stoiska z owocami morza zapełniają się turystami, którzy przyjeżdżają tu nie przez przypadek, lecz z konkretnym celem: zjeść kraba, dorsza albo zupę rybną prosto przy wodzie, patrząc na barwne drewniane domy dzielnicy Bryggen odbijające się w zatoce. Fisketorget od zawsze był atrakcją, ale w ostatnich dwóch, trzech latach pracownicy marketów obserwują wyraźnie inny typ gości — ludzi, którzy zaplanowali wyjazd do Norwegii właśnie pod kątem jedzenia, nie fjordów jako widoku.
Ten nurt turystyczny ma swoją nazwę — „sea-to-table” — i Norwegia wpisuje się w niego naturalnie jak żaden inny kraj w Europie. Zimne, czyste wody Morza Barentsa, Norweskiego i fjordów produkują ryby i owoce morza o jakości, której nie da się zastąpić importem ani akwakulturą na masową skalę. Pstrąg fjordowy — leaner, delikatniejszy niż łosoś, z miąższem o jedwabistej konsystencji — smakuje inaczej niż cokolwiek dostępnego w Polsce, Niemczech czy Francji. To właśnie ta niedostępność jest częścią atrakcji.
Tromsø, ponad siedemset kilometrów za kołem podbiegunowym, zwykle kojarzy się z zorzą polarną i rejsami obserwacyjnymi. Coraz częściej wymieniane jest jednak w kontekście kulinarnym. Restauracje takie jak Mathallen Tromsø przyciągają recenzje podróżnych szukających prostego, nieprzetworzonego jedzenia morskiego z krótkimi łańcuchami dostaw — bo w tym mieście od kutra do talerza dzieli nierzadko kilka godzin, nie dni. Goście wracają do Tromsø nie tylko po polarne niebo, ale po smak kraba królewskiego z Morza Barentsa, którego słodkie, mięsiste odnóża ciężko porównać z czegokolwiek oferowanego w europejskich supermarketach.
Oslo oferuje inny format tej samej idei. Fiskeriet, nieduży lokal w centrum stolicy, stał się obowiązkowym przystankiem dla osób przyjeżdżających specjalnie po norweskie jedzenie. Zupa rybna — gęsta, kremowa, pełna kawałków świeżego dorsza — jest tu pozycją, o której podróżnicy piszą po powrocie jako o najlepszej rzeczy, jaką zjedli przez cały wyjazd. Oslo nie ma na co narzekać turystycznie, ale ten segment gości jest nowy: zamożni Europejczycy na krótkich, tematycznych wyjazdach, gdzie cały trzydniowy plan kręci się wokół rezerwacji w kilku konkretnych miejscach.
Hurtigruten, historyczna linia promowa łącząca norweskie miasta wzdłuż wybrzeża od Bergen po Kirkenes, zawsze była częścią norweskiego krajobrazu. Ale rejs jako doświadczenie kulinarne — jedzenie posiłków na pokładzie statku przepływającego przez wąskie fjordy i obserwowanie przybrzeżnych miasteczek przez okno jadalni — stał się osobną atrakcją, którą Hurtigruten aktywnie promuje.
Stockfish, czyli dorsz suszony na powietrzu przez miesiące według techniki liczącej sobie setki lat, podawany w nowoczesnych interpretacjach na pokładzie lub w przyportowych restauracjach, przyciąga gości, którzy rozumieją, że kulinarna tradycja jest tak samo wartościowa jak architektura czy krajobraz.

Norweska turystyka gastronomiczna jest wciąż stosunkowo niszowa w porównaniu z Włochami, Japonią czy Francją. Ale kierunek jest wyraźny. Szwajcarzy, Niemcy i Holendrzy rezerwują weekendy w Bergen i Tromsø z restauracjami zaplanowanymi przed lotem. Norweskie portale turystyczne i lokalni szefowie kuchni mówią o rosnącym popycie na „fish safari” — pakiety łączące rejs połowowy z kolacją z tego, co zostało złowione. Na razie to oferta dla nielicznych, ale w przyszłym sezonie planowane jest jej poszerzenie przez przynajmniej kilku operatorów działających w regionie fjordów Sognefjordu i Geirangerfjordu.
