Norweskie seriale zdobywają Netflix — ale ich autorzy zarabiają mniej niż szwedzcy

Norweskie seriale zdobywają Netflix

Norweskie produkcje trafiają na Netflix i zbierają widzów w dziesiątkach krajów. Serial „Ragnarok” oglądały miliony ludzi na całym świecie, „Norsemen” stał się produkcją o niespodziewanie szerokim zasięgu, a nowsze tytuły norweskie regularnie pojawiają się w regionalnych i globalnych rankingach platformy. Problem w tym, że sukces widowniowy nie przekłada się na wynagrodzenia w takim stopniu, jak miałoby to miejsce w Szwecji. Norweskie środowisko twórcze od lat zwraca uwagę na tę dysproporcję, a jej źródła są dość konkretne.

Szwecja wypracowała przez lata silniejszy system zbiorowych umów chroniących twórców audiowizualnych. Organizacja Fackförbundet Scen & Film wynegocjowała standardowe zasady podziału przychodów ze streamingu, które obejmują m.in. tantiemy uzależnione od sukcesu produkcji na platformach. Norweskie umowy z Netfliksem we wczesnej fazie współpracy opierały się w większym stopniu na jednorazowych wypłatach — tzw. buyoutach — bez mechanizmu udziału w późniejszych przychodach. Kiedy serial trafia na szczyt oglądalności w kilkunastu krajach, aktorzy i scenarzyści, którzy dostali jednorazową stawkę, nie widzą z tego tytułu nic poza satysfakcją artystyczną.

Różnica wynika też z historii i skali obu rynków produkcyjnych. Szwecja zbudowała wcześniej bardziej uprzemysłowiony sektor eksportu telewizyjnego — „Most”, „Wallander”, produkcje HBO Europe — co pozwoliło tamtejszym twórcom i związkom zawodowym negocjować z większych pozycji. Większe budżety, dłuższa historia międzynarodowych koprodukcji i silniejsza pozycja negocjacyjna złożyły się na lepsze warunki umów. Norwegia nie startowała z tym samym bagażem doświadczeń rynkowych.

- Reklama -

Sytuacja zaczęła się zmieniać w ciągu ostatnich dwóch, trzech lat. Netflix podpisał nowe umowy ramowe z norweskim związkiem zawodowym aktorów Norsk Skuespillerforbund, które wprowadzają dodatkowe wynagrodzenie uzależnione od globalnego sukcesu produkcji. Oznacza to, że przynajmniej część norweskich aktorów i twórców pracujących przy nowych projektach może liczyć na coś więcej niż stałą stawkę. To zmiana realna, choć jej skala i zasięg wciąż są znacznie skromniejsze niż to, co obejmują szwedzkie standardy branżowe.

Równolegle norweski parlament wprowadził wymóg, który zobowiązuje platformy streamingowe działające na norweskim rynku do przeznaczania określonego procentu przychodów generowanych w Norwegii bezpośrednio na finansowanie lokalnych produkcji. Mechanizm wzorowany jest na podobnych rozwiązaniach stosowanych w Danii i Francji. Ma zwiększyć łączną wartość inwestycji w norweskie treści, co pośrednio wzmacnia też pozycję negocjacyjną twórców — większe budżety lokalne to zazwyczaj lepsze warunki dla całego łańcucha produkcyjnego.

Norweskie seriale zdobywają Netflix
Norweskie seriale zdobywają Netflix

Czy te zmiany zniwelują różnicę między norweskimi a szwedzkimi twórcami? Nie od razu i nie całkowicie. Część umów z istniejącymi produkcjami nadal funkcjonuje na starych warunkach, a twórcy tytułów, które zebrały milionową widownię kilka lat temu, raczej nie renegocjują swoich kontraktów wstecz. Nowe ramy prawne i związkowe działają prospektywnie. Norweska branża filmowa i telewizyjna stopniowo dochodzi do wniosku, że globalny sukces jej produkcji powinien mieć odzwierciedlenie w tym, co ląduje na kontach twórców — i dysponuje teraz lepszymi narzędziami, żeby to egzekwować przy kolejnych kontraktach.

- Reklama -
Udostępnij