Cztery miesiące temu Ella Adman skończyła szkołę i nigdy wcześniej nie trzymała w rękach broni. Dziś stoi w cieniu między kolejnymi ćwiczeniami na bazie wojskowej nieopodal Visby, średniowiecznego miasta otoczonego murami obronnymi, i nosi w rękach karabin szturmowy. Za kilka dni wyjedzie do Sztokholmu, żeby pełnić wartę przy rodzinie królewskiej. Ma dziewiętnaście lat i odbywa piętnastomiesięczną obowiązkową służbę wojskową na wyspie, na której się wychowała.
Gotlandia wróciła do wojskowych map Europy szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. Regiment P18, rozwiązany w 2005 roku jako relikt zimnowojennej logiki, został przywrócony w 2018 roku wówczas decyzja wydawała się części komentatorów ostrożnościową nadreakcją. Rosyjska pełnoskalowa inwazja na Ukrainę w lutym 2022 roku zmieniła optykę. Dziś wyspa jest regularnym miejscem ćwiczeń NATO i jednym z siedmiu priorytetowych scenariuszy w szwedzkich planach obronnych na lata 2025–2030. Pierwszym na liście jest właśnie możliwy atak na Gotlandię z powietrza lub morza, z celem ustanowienia rosyjskich stref kontroli nad Bałtykiem.
Położenie wyspy tłumaczy, dlaczego jest ona tak strategicznie istotna. Od Kaliningradu rosyjskiej eksklawy wciśniętej między Polskę a Litwę, silnie zmilitaryzowanej dzieli Gotlandię 275 kilometrów. Od szwedzkiego lądu zaledwie 87. Pułkownik Andreas Gustafsson, dowódca szwedzkich sił lądowych na wyspie, mówi bez ogródek: kto kontroluje Gotlandię, ten kontroluje Morze Bałtyckie. I ma na myśli zarówno przepływ okrętów wojennych, jak i możliwość wspierania państw bałtyckich w razie konfliktu.
Na razie nie ma bezpośredniego zagrożenia konwencjonalnym atakiem przyznaje Gustafsson. Bardziej prawdopodobne są szpiegostwo i sabotaż, których wyspa już doświadczała w różnych formach w ostatnich latach. Jednak scenariusz eskalacji wojskowej nie jest wykluczony, zwłaszcza gdyby doszło do zawieszenia broni lub porozumienia pokojowego w Ukrainie. Rosyjskie jednostki mogłyby wówczas zostać przegrupowane w stronę Finlandii i krajów bałtyckich, a Gotlandia znów znaleźć się w centrum uwagi.
Szwecja podniosła wydatki obronne do 2,8% PKB w 2026 roku i planuje ich wzrost do 3,1% od 2028 roku. Rozszerzyła też zakres poboru, wysyłając na wyspę kolejnych poborowych, w tym coraz więcej kobiet. Gustafsson przyznaje jednak, że remilitaryzacja napotyka na praktyczne ograniczenia: cała Europa jednocześnie sięga po sprzęt wojskowy, co wydłuża dostawy i podbija ceny. Systemy artyleryjskie, na które zapotrzebowanie jest największe, trafiają z kolejkami i opóźnieniami.
Obok żołnierzy w mundurach na Gotlandii działa zupełnie inny rodzaj gotowości. Eva Rinblad, lekarka z wiejskiej części wyspy, rok temu założyła sąsiedzką grupę przygotowania na sytuacje kryzysowe. Inspiracją był program Stark socken ogólnoislandzka inicjatywa budowania odporności cywilnej. Grupy takie jak ta Rinblad inwentaryzują lokalne zasoby wody, prądu i łączności, mapują studnie i planują procedury na wypadek odcięcia od sieci. Wyspa regularnie boryka się z niedoborami wody, więc własne ujęcia to nie abstrakcja, lecz konkretny zasób obronny.

Gotlandia jest dziś czymś w rodzaju poligonu doświadczalnego dla całej Szwecji sprawdzianem tego, jak nowoczesne państwo może łączyć remilitaryzację wojskową z przygotowaniem cywilnym. Czy to wystarczy jako odstraszanie tego nikt nie jest w stanie zagwarantować. Ale P18 znów istnieje, poborowi znów ćwiczą pod Visby, a mieszkańcy wyspy uczą się liczyć na siebie nawzajem. Po dwudziestu latach przerwy to już coś.
