Rozpowszechnianie drastycznych nagrań może dawać sprawcom przemocy rozgłos, którego szukają — ostrzega prof. Tomasz Grzyb z Uniwersytetu SWPS w materiale RMF24. Dyskusja po strzelaninie w Krakowie dotyczy zarówno reakcji świadków, jak i odpowiedzialności za późniejsze udostępnianie obrazów tragedii. Podobne dylematy skłoniły wcześniej redakcje w Australii i Nowej Zelandii do ograniczenia publikacji materiałów związanych z zamachem w Christchurch.
Dlaczego świadkowie reagowali inaczej?
W materiale RMF24 prof. Tomasz Grzyb, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS, opisuje rozbieżne zachowania osób obecnych na Rynku Głównym. Jedni uciekali, szukali schronienia lub osłaniali dzieci. Inni filmowali wydarzenia telefonami.
Ekspert wiąże te różnice między innymi z brakiem utrwalonych wzorców reagowania na zagrożenie, z którym większość ludzi nigdy wcześniej się nie zetknęła. Zwraca też uwagę na siłę emocji towarzyszących takim sytuacjom. Jego niepokój budzi odruch rejestrowania dramatycznych wydarzeń z myślą o późniejszym zamieszczeniu ich w mediach społecznościowych.
Ocena konkretnej osoby wymaga jednak znajomości okoliczności. Sam fakt, że ktoś trzyma telefon, nie pozwala ustalić jego intencji ani tego, czy później opublikował nagranie. Rejestrowanie zdarzenia i publiczne rozpowszechnianie drastycznych obrazów to odrębne decyzje.
Rozgłos może służyć sprawcom
Grzyb ostrzega, że obrazy przemocy mogą przyciągać uwagę potencjalnych naśladowców poszukujących rozgłosu. W jego ocenie odbiorcy i autorzy publikacji powinni zastanowić się, czy kolejne udostępnienie pomaga zrozumieć wydarzenia, czy przede wszystkim podsyca emocje.
Psycholog krytycznie ocenia także wykorzystywanie tragedii do politycznych sporów i zdobywania zainteresowania. Apeluje o większą uwagę dla osób, które potrzebują pomocy po tym, co zobaczyły i przeżyły. To ocena eksperta dotycząca debaty publicznej, a nie ustalenie śledczych dotyczące motywów sprawcy.
Podobna dyskusja po zamachu w Sztokholmie
Zachowania osób filmujących ofiary były przedmiotem debaty również w Szwecji po zamachu na Drottninggatan w kwietniu 2017 roku. W opublikowanej 4 lutego 2018 roku rozmowie z „Svenska Dagbladet” prof. Pär-Anders Granhag z Uniwersytetu w Göteborgu wskazywał kilka możliwych wyjaśnień. Oprócz poszukiwania zainteresowania wymieniał potrzebę zdystansowania się od dramatycznej rzeczywistości. Ekran telefonu może działać jak filtr, przez który łatwiej obserwować przerażające wydarzenia.
Psycholog zwracał też uwagę na przekonanie świadków, że dokumentując zdarzenie, robią coś pożytecznego. Kolejnym mechanizmem może być naśladowanie otoczenia — kiedy inni wyciągają telefony, następne osoby postępują podobnie. Granhag zaznaczał jednak, że reakcje w sytuacji kryzysowej są indywidualne. Rozróżniał również szybki, intuicyjny odruch nagrywania od późniejszej decyzji o zamieszczeniu materiału w internecie, która daje więcej przestrzeni na refleksję.
Zdjęcia ofiar docierały także do dzieci
O konsekwencjach rozpowszechniania drastycznych obrazów informowało Sveriges Radio. W materiale z 12 kwietnia 2017 roku opisano sytuację rodziców, których dzieci zobaczyły na Snapchacie zdjęcia ofiar zamachu. Rodzice mówili o bezradności wobec materiałów, przed którymi nie zdążyli ochronić swoich dzieci.
Anette Forsberg, badaczka dziennikarstwa z Uniwersytetu Linneusza, wskazywała wówczas, że usuwanie zdjęć po ich opublikowaniu jest czasochłonne i często niewystarczające. Podkreślała odpowiedzialność osób udostępniających treści oraz potrzebę rozmów z dziećmi o zachowaniu w mediach społecznościowych. Szwedzka dyskusja pokazywała, że decyzja o publikacji dotyczy także odbiorców, którzy zetkną się z drastycznymi obrazami bez ostrzeżenia.
Australia i Nowa Zelandia. Jak redakcje ograniczały rozpowszechnianie propagandy
Podobny problem pojawił się po zamachu na meczety w Christchurch w marcu 2019 roku. Australijski nadawca publiczny ABC zdecydował, że nie wykorzysta drastycznej transmisji napastnika i nie opublikuje fragmentów jego manifestu. Decyzję wyjaśniał Craig McMurtrie, ówczesny redaktor wykonawczy ABC News. Wskazywał, że sprawca liczył na masowe udostępnianie treści w internecie i dotarcie do radykalnych odbiorców.
W maju 2019 roku pięć dużych organizacji medialnych z Nowej Zelandii — TVNZ, Stuff, MediaWorks, NZME i RNZ — uzgodniło zasady relacjonowania procesu. Zobowiązały się ograniczać przekazy promujące ideologię terrorystyczną i białą supremację oraz nie rozpowszechniać propagandowych komunikatów i gestów oskarżonego. Jednocześnie deklarowały pełne i odpowiedzialne informowanie o postępowaniu.
Te decyzje dotyczyły zamachu w Nowej Zelandii. Są przykładem wcześniejszej debaty o odpowiedzialności mediów, nie reakcją tych redakcji na strzelaninę w Krakowie. Materiały propagandowe przygotowane przez sprawcę mają też inny charakter niż nagrania przypadkowych świadków.
Amerykańskie zalecenia. Więcej uwagi dla ofiar
Amerykańska organizacja dziennikarska Radio Television Digital News Association zaleca, aby przy relacjonowaniu masowych strzelanin starannie sprawdzać nagrania i informacje pochodzące od użytkowników internetu. Ostrzega przed sensacyjnym przekazem, spekulacjami i obrazami gloryfikującymi napastnika. Radzi również ograniczać powtarzanie jego nazwiska i poświęcać więcej miejsca życiu ofiar.
Zalecenia te nie oznaczają rezygnacji z informowania o przemocy. Wskazują, że redakcja powinna oceniać znaczenie każdego materiału i jego możliwe skutki. Ostrzeżenia przed naśladownictwem nie są przy tym dowodem, że konkretne nagranie doprowadzi do kolejnego ataku.
Informacje o przebiegu wydarzeń i kolejnych komunikatach służb zbieramy w kategorii strzelanina w Krakowie.