Zaledwie kilka dni temu szwedzkich dżihadystów, powiązanych z Państwem Islamskim, określono w mediach jako „współczesnych esesmanów”.

Autorem tego porównania był Tobias Hübinette. Dziś kontrowersyjna grupa ponownie ściągnęła na siebie uwagę. Wszystko za sprawą premiera Stefana Löfvena.

Löfven uważa, że dżihadyści – którzy w przeważającej ilości opuścili Szwecję – mają prawo powrotu do swojego kraju. Dodał też, że nikt nie odbierze im obywatelstwa.

Lider Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej udzielił wywiadu serwisowi „Nyheter Idag„. Powiedział, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych ostrzegało w przeszłości Szwedów, którzy wyruszają walczyć dla Państwa Islamskiego lub mają zamiar z nim współpracować.

„Wiele z pojmanych osób nie powinno spodziewać się żadnej pomocy na poziomie konsularnym”, dodał Löfven.

Jednocześnie premier zapowiedział, że nie odbierze obywatelstwa bojownikom Państwa Islamskiego, którzy zdecydują się na powrót do Szwecji – mają bowiem do niego prawo.

Radykalni islamiści mieliby w takim wypadku być pod nadzorem funkcjonariuszy wywiadu i organów ścigania.

Inaczej na całą sprawę zapatruje się Jimmie Åkesson – przewodniczący Szwedzkich Demokratów i deputowany do Riksdagu.

„Jeżeli ci ludzie postanowili wyjechać do krajów islamskich i chcą wspierać organizację terrorystyczną, nie powinni już nazywać się Szwedami. Nie zasługują na szwedzkie obywatelstwo”, uznał Åkesson. Jego opinia wyraźnie kłóci się z komentarzem Löfvena.

Posłanka Szwedzkich Demokratów i rzecznik ds. polityki migracyjnej, Paula Bierman, również nie zgadza się z premierem:

„Osoby, które dołączyły do Państwa Islamskiego, przybrały nową tożsamość. Ich wcześniejsze obywatelstwo straciło swoją ważność.”

Jan Jönsson ujawnia, że liczbę bojowników ISIS, którzy pochodzą ze Szwecji, szacuje się na około trzysta. Począwszy od roku 2012 blisko sto pięćdziesiąt z tych osób powróciło do swojego kraju, a dziewiętnaście z nich zamieszkuje w Sztokholmie.

W Malmö, na południu kraju, funkcjonują dzielnice gęsto zaludnione przez imigrantów. Uchodźcy pochodzący z republik islamskich rzekomo mają tu prowadzić „podziemne” meczety i rekrutują kolejnych radykałów.

„Dla młodzieży imigranckiej, która pada ofiarą opresji społecznych i często nie jest pod ochroną prawa, takie osoby uchodzą nawet za bohaterów. Jednak podobne zachowania zaburzają porządek miasta, budzą niepokój wśród mieszkańców.

Rodzice martwią się o swoje dzieci, bo ulica staje się niebezpieczna”, powiedział Michael Helders, aktywista i przeciwnik ekstremizmu.

-Reklama-