Szwedzki inkubator Sting wypuścił 300 startupów w 15 lat. Ile z nich przetrwało?

Szwedzki inkubator Sting

Sztokholm jest miastem, gdzie opowieści o startupach zaczynają się przy białych tablicach w biurach z widokiem na Mälaren i kończą — przynajmniej w kilku głośnych przypadkach — na giełdzie albo w portfelu dużego funduszu. Sting, inkubator działający przy Kista Science City, nie generuje aż tylu nagłówków co fundatorzy Spotify czy Klarna. Ale przez piętnaście lat cicho przepuścił przez swoje programy ponad trzysta startupów i przeżywalność tych firm jest wyraźnie wyższa niż to, czego można byłoby oczekiwać od zwykłego inkubatora.

Liczby opublikowane przy okazji podsumowania piętnastu lat działalności są konkretne i warte przytoczenia bez ozdabiania. Około sześćdziesięciu dziewięciu procent firm, które przeszły przez Sting, wciąż działa i raportuje wzrost. To przekłada się na około dwieście siedem spółek z całej kohorty ponad trzystu. Dla kontekstu: globalne statystyki przeżywalności startupów są znacznie mniej optymistyczne — większość badań wskazuje, że po dziesięciu latach działa od dziesięciu do dwudziestu procent firm, które uruchomiono. Dysproporcja jest na tyle duża, że wymaga wyjaśnienia, a nie tylko odnotowania.

Łączne przychody firm wywodzących się ze Sting przekroczyły dwieście osiemdziesiąt trzy miliony euro, przy czym sześćdziesiąt cztery procent sprzedaży pochodzi z rynków zagranicznych. To nieoczywisty wynik jak na inkubator, który działa przede wszystkim w Sztokholmie i skupia się na lokalnym ekosystemie. Firmy poradziły sobie z internacjonalizacją lepiej niż większość europejskich startupów w podobnych kategoriach, co częściowo można tłumaczyć małością rynku szwedzkiego — żeby rosnąć, trzeba wychodzić za granicę dość wcześnie, co wymusza dyscyplinę w myśleniu o produkcie i modelu biznesowym.

- Reklama -

Kapitał pozyskany przez alumni inkubatora przekroczył sześćset trzy miliony euro w finansowaniu prywatnym. Dziewięć spółek weszło na giełdę. Łącznie firmy te zatrudniają dziś około dwóch tysięcy siedmiuset pięćdziesięciu osób. To skromne liczby w porównaniu z dolinami startupowymi w Berlinie czy Londynie, ale szwedzki rynek ma swoje proporcje — i w tych proporcjach wynik Sting jest wyraźnie ponadprzeciętny.

Co robi Sting inaczej? Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi, którą można podać jako gotową formułę. Inkubator pracuje z firmami na wczesnym etapie, przed Series A, i kładzie nacisk na selekcję wejściową oraz mentoring ze strony doświadczonych przedsiębiorców. Sting nie jest funduszem — nie inwestuje własnych pieniędzy w sposób, który tworzyłby typowy konflikt interesów. Działa raczej jako kombinacja doradztwa operacyjnego i środowiska, w którym założyciele mogą robić błędy bez katastrofalnych konsekwencji finansowych na bardzo wczesnym etapie. Czy to wystarczające wyjaśnienie tak wysokiej przeżywalności? Prawdopodobnie nie w całości.

Szwedzki inkubator Sting
Szwedzki inkubator Sting

Warto też zwrócić uwagę na to, czego te dane nie mówią. Przeżywalność na poziomie sześćdziesięciu dziewięciu procent oznacza, że co trzecia firma ze Sting jednak nie przetrwała. Część z tych, które działają, mogła przez lata balansować na granicy rentowności bez wyraźnej perspektywy skalowania. Giełda debiutowała dziewięć firm, ale nikt nie podaje, ile z nich jest dziś wyceniane powyżej ceny emisyjnej. Kontekst wyników inkubatora jest ważny — i dobrze go czytać razem z jego ograniczeniami, nie tylko jako zestaw liczb do cytowania w prezentacji dla inwestorów. Kolejne podsumowanie działalności Sting ma pojawić się przy okazji dwudziestolecia inkubatora, planowanego na drugą połowę dekady.

- Reklama -
Udostępnij