piątek, Luty 22, 2019

Szwedzka profesor uratowała swojego doktoranta z rąk terrorystów

Profesor Uniwersytetu w Lund zorganizowała w 2014 roku akcję mającą na celu ocalenie swojego doktoranta z rąk terrorystów Państwa Islamskiego.

Wydarzenia miały miejsce w 2014 roku, lecz trzymane były w tajemnicy przez cztery lata.

Specjalista ds. chemii analitycznej Charlotta Turner opowiedziała, że cztery lata temu zorganizowała akcję mającą na celu uratowanie swojego doktoranta Firasa Jumaaha, wychodźcy z Iraku.

Jumaah pojechał do Iraku, żeby wywieźć stamtąd swoją żonę, której groziło niebezpieczeństwo, jednak cała ich rodzina znalazła się w pułapce.

Jumaah wysłał do swojej promotorki wiadomość, w której opowiedział, że razem ze swoją rodziną znajduje się w niebezpieczeństwie, w pomieszczeniu porzuconej fabryki, w której ulokowali go terroryści, a wokół słychać wystrzały.

W wiadomości wyraził niepokój związany z tym, że nie będzie mógł wrócić do Szwecji, żeby zakończyć pisanie pracy dyplomowej.

Wówczas profesor Turner skontaktowała się z kierownikiem ochrony uniwersytetu Perem Gustafsonem, a ten wynajął prywatnych wojskowych, którzy zgodzili się uratować doktoranta i jego rodzinę.

Podkradli się do fabryki, w której przebywał Jumaah, i wyprowadzili go stamtąd razem z żoną. Dotarli do Szwecji na anonimowych biletach lotniczych, po czym udzielono im pomocy w zakresie zamieszkania i zatrudnienia.

W październiku terroryści „Państwa Islamskiego” wzięli ponad 700 zakładników w syryjskiej prowincji Dajr az-Zaur.

Wśród nich znaleźli się „obywatele państw Europy Zachodniej i innych krajów”. Terroryści napadli na obóz dla uchodźców niedaleko miejscowości El-Bachra i wzięli w charakterze zakładników 130 arabskich rodzin.

Dania: Lidl zainwestuje miliardy koron

Lidl, niemiecki gigant handlowy, z impetem rozszerza swoją działalność na terenie Danii.

Dyrektor firmy potwierdza, że w nadchodzących latach w kraju tym otwarte zostaną aż 103 nowe sklepy. Dla klientów może to oznaczać spore korzyści: niższe ceny i atrakcyjniejsze produkty.

Rocznie ma być otwieranych od dziesięciu do piętnastu sklepów. Do końca 2019 roku firma ma przeznaczyć na rynek duński okrągły miliard koron.

Sieć dyskontów od lat ma zapewnioną pozycję na rynku handlowym. Na terenie trzydziestu krajów funkcjonuje ponad 10 tys. supermarketów. W Polsce placówek Lidla jest więcej niż 600. W Danii – dokładnie 117 na chwilę obecną.

„Głównymi celami naszej strategii są Kopenhaga i Aarhus”, wyjawił Dirk Fust – zarządzający duńskim odłamem firmy.

„W Aarhus działa teraz pięć sklepów, a w Kopenhadze – dwadzieścia. Uważam, że w regionie stołecznym znajdzie się miejsce dla 60-80 sklepów. To oczywiście duże wyzwanie, a uruchomienie tylu nowych obiektów w stolicy może być kosztowne.”

Otwarcie tak wielu nowych supermarketów zwiększy konkurencję wśród dyskontów. Szacuje się, że udziały rynkowe Lidla zostaną niemal zrównane z udziałami spółek Netto i Fakta.

Netto króluje wśród duńskich supermarketów: na terenie kraju działa w sumie 500 sklepów, a w samej Kopenhadze – sto. Otwarcie pierwszego duńskiego Lidla miało miejsce w 2005 roku.

„Dobrze funkcjonujące sklepy Lidla działają w Jutlandii i na wyspie Fionia. Niestety, te kopenhaskie nie są reprezentowane na rynku handlowym w dostateczny sposób”, powiedział Jesper Højer – dyrektor generalny międzynarodowego biura Lidla.

Lars Esbjerg, profesor wykładający na Uniwersytecie w Aarhus, przyjrzał się sektorowi spożywczemu, relacjom Lidla z klientem i jego obsłudze przez sklep. Doszedł następnie do wniosku, że sieć „przygotowuje się do rywalizacji na scenie supermarketów dyskontowych”.

„Wszystkie sieci dyskontowe na duńskim rynku chcą się rozwijać”, powiedział Esbjerg. „To nie jest tak, że na rynku sprzedażowym znajduje się luka, którą Lidl miałby wypełnić. On po prostu zabierze udziały w rynku innym, mniejszym sklepom.”

Rozwój Lidla w Danii nie będzie wiązał się tylko z niskimi cenami.

„Ceny przy zakupach będą atrakcyjniejsze, ale pojawią się inne korzyści. Produkty osiągną lepszą jakość, rozwinie się oferta sprzedażowa, a pod uwagę zostaną wzięte też nasze zwierzaki”, prognozuje Esbjerg.

Norwescy rodzice coraz częściej wysyłają dzieci do zagranicznych szkół – czasem wbrew ich woli.

Norwegia. Rząd powołał grupę ekspercką, której członkowie będą udzielali porad, jak powstrzymać deportowanie dzieci i młodzieży za granicę wbrew ich woli.

Na początek specjalnie powołane ugrupowanie przyjrzy się dziesięciu odrębnym przypadkom osób niepełnoletnich, które zostały przymusowo deportowane poza granice Norwegii. Śledztwo pozwoli ustalić, jakie były przyczyny ekspatriacji.

„Wiemy o przypadkach, w których młodzież zostaje wysłana za granicę przez rodziców, często wcale tego nie chcąc. Osoby takie niejednokrotnie trafiają do szkół oraz instytucji, których pracownicy naruszają prawa człowieka lub stosują przemoc.

Takie sytuacje mogą mieć poważne konsekwencje dla życia oraz zdrowia dzieci. Będziemy badali podobne przypadki i usiłowali zapobiec kolejnym”, powiedział minister zdrowia Bent Høie.

Z danych ujawnionych przez organizację Fafo wynika, że prawie 40% norweskich nastolatków o korzeniach somalijskich wysyłanych jest za granicę (np. do szkół). Rodzice wierzą, że w ten sposób uda im się „zdyscyplinować” swoje dzieci.

Minister ds. sprawiedliwości i imigracji, Tor Mikkel Wara – reprezentant Partii Postępu – zapewnia, że z podobnymi problemami radzą sobie też dzieci wywodzące się z innych środowisk i mające inne pochodzenie.

„Jako minister sprawiedliwości chciałbym, aby dzieci mieszkające na terenie Norwegii mogły czuć się bezpiecznie w otoczeniu najbliższych”, stwierdził Wara.

„Powinny mieć zapewnioną ochronę, także przed nieodpowiedzialnymi rodzicami, wypędzającymi je za granicę. Być może, by zwalczyć tę formę krzywdzenia najmłodszych, konieczne będzie zaostrzenie przepisów dotyczących rodzicielstwa i opieki nad nieletnimi.”

Napływ społeczności romskiej do Szwecji trwa.

Z opublikowanych przez rząd statystyk wynika, że liczba bezdomnych żebraków, pochodzących z Bułgarii i Rumunii, od trzech lat utrzymuje się na niemal tym samym poziomie.

„Na terenie Szwecji przebywa obecnie od 4,5 tys. do 5 tysięcy obywateli UE, którzy nie podlegają ochronie i są podatni za wszelakie zagrożenia”, powiedział aktywista społeczny Claes Ling-Vannerus w rozmowie z SVT.

Trzy lata temu podobne statystyki przedstawił Martin Valfridsson – koordynator ds. obywateli UE w trudnym położeniu, zajmujący się m.in. sytuacją osób bezdomnych. Dane niemal w ogóle nie odbiegają od tych aktualnych.

Współpracę z rządami Rumunii i Bułgarii nawiązał specjalnie wytypowany, szwedzki koordynator. Obszarem jego działania było udzielanie pomocy wspólnocie romskiej oraz walka z żebractwem.

Wsparcie zaoferowały organizacje wolontariackie i instytucje charytatywne z całej Szwecji. Odbywały się zbiórki żywności, a osoby bezdomne kierowano do schronisk i noclegowni.

W Vellinge, niedaleko Malmö wprowadzony został natomiast oficjalny zakaz żebrania na ulicach (to pierwsza gmina Szwecji, która zdecydowała się na tak odważny krok).

Ling-Vannerus zauważa, że ostatnimi czasy w Szwecji coraz częściej spotyka się osoby pochodzenia romskiego, pracujące w kiepskich lub trudnych warunkach (w firmach sprzątających czy budowlanych). „Swobodny przepływ ludności sprawia, że obywatele biedniejszych państw szukają w Szwecji atrakcyjnego życia – niestety, nie zawsze je znajdują. Ciężko to powstrzymać.”

Choć pojawiały się sugestie, że napływ ludności powinien zostać ograniczony, tegoroczne statystyki rządowe pokazują, że żaden postulat nie został wprowadzony w życie.

SL zakończyło sprzedaż biletów za gotówkę.

Obecnie nie można już zapłacić za bilety w gotówce przy bramkach w metrze sztokholmskim.

Szwecja od lat dąży do tego, aby stać się społeczeństwem bezgotówkowym, w Sztokholmie są już restauracje, sklepy oraz banki które akceptują obecnie tylko płatności kartą.

W zeszły piątek Sztokholmski operator transportu publicznego SL ogłosił, że obecnie nie przyjmuje gotówki w żadnym z punktów przed bramkami zarówno do metra jak i kolejki podmiejskiej.

To działanie ma być na tą chwilę tymczasowe i wynika ze wzrostu napadów rabunkowych i włamań. Płatność gotówką ma być ponownie możliwa po wzmocnieniu środków bezpieczeństwa, powiedział rzecznik prasowy SL.

W międzyczasie klienci którzy chcą zapłacić gotówką, powinni znaleźć inne miejsce w których sprzedawane są bilety SL, na przykład sklepy Pressbyrån, które znajdują się praktycznie na każdej stacji metra i kolejki podmiejskiej.

Metody płatności elektronicznych obejmują aplikację SL, automaty biletowe lub karty, przy bramkach.

Prowadzisz biznes w Szwecji dla Polonii? 
Chcesz być łatwiej zauważony?
Sprawdź nową usługę

Mocne słowa szwedzkiej minister w odniesieniu do polityki Węgier spotykają się z falą krytyki.

Annika Strandhäll, minister opieki socjalnej, zszokowała opinię publiczną. Wszystko za sprawą kontrowersyjnej wypowiedzi dotyczącej węgierskiej polityki rodzinnej i… nazizmu.

Parę dni temu szwedzka minister opublikowała na Twitterze niestosowny komentarz. Pisała w nim, że „Viktor Orbán chce, aby w jego kraju rodziło się więcej prawdziwie węgierskich dzieci” i „przypomina to złoty wiek niemieckiego nazizmu”.

Ambasador Szwecji na Węgrzech musiał w związku z tą wypowiedzią odpierać ataki ze strony lokalnego rządu. Strandhäll krytykowała Orbána za wprowadzenie nowej polityki: kobiety, które rodzą więcej dzieci (mają ich co najmniej 4), będą korzystać ze zwolnień podatkowych.

Rząd węgierski uważa, że tweet Strandhäll nacechowany jest uprzedzeniami do polityki Budapesztu.

Według Szwedki „ubieganie się” Orbána o „prawdziwie węgierskie dzieci” przeczy wartościom feministycznym. Plany premiera mają w opinii Szwedki „śmierdzieć latami trzydziestymi ubiegłego stulecia”.

Pełny komentarz na Twitterze:

„To, co dzieje się na Węgrzech, jest niepokojące. Orbán chce, by kobiety rodziły dla niego ‚prawdziwie’ węgierskie dzieci. Te słowa śmierdzą nazistowskimi latami 30. Potrzebne będą zasłony dymne. Dążenia Orbána celują w kobiecą niezależność – o którą tyle trzeba było walczyć.”

Porównując Orbána do Adolfa Hitlera, Strandhäll zwróciła na siebie uwagę całych Węgier, których elita kipi od złości. Przekonał się o tym także przebywający na miejscu ambasador Szwecji, Niclas Trouvé.

Węgierski minister spraw zagranicznych Peter Szijjarto uznał wypowiedź Szwedki za „niedopuszczalną”, a potem stwierdził, że politycznie Szwecja i Węgry różnią się od siebie w znaczący sposób. „Węgry wydają swoje pieniądze na matki, ojców i ich dzieci. Szwecja zaś – na imigrantów”, powiedział gazecie Nyheter Idag.

Katalin Novák – minister ds. zasobów ludzkich i polityki rodzinnej – domaga się od Strandhäll przeprosin. Poinformowała o tym na łamach gazety „Magyar Hírlap„:

„Porównywanie Węgier z nazistowskimi Niemcami jest niedopuszczalne. Nie życzę sobie, by w stronę naszego państwa kierowane były podobne zarzuty. Wypowiedź Anniki Strandhäll jest nieprzyjazna i niegodna członkini rządu europejskiego, a styl jej wypowiedzi – naganny. To olbrzymia wpadka dyplomatyczna.”

Jednocześnie dużo mówi się o Węgrzech na terenie Szwecji. Planowane do wprowadzenia przepisy, których autorem jest Orbán, krytykowane były m.in. przez Sofię Nerbrand – dziennikarkę „Sydsvenskan„. Według Nerbrand węgierski premier „powinien się wstydzić”, bo dąży do stymulowania porodów na terenie całego kraju.

„Orbán wyznaczył sobie jasny cel. Chce, by naród węgierski rósł w siłę przy pomocy białoskórych dzieci, mających przerosnąć i wyplewić napływających imigrantów”, pisała dziennikarka. To podejście jest jej zdaniem „skandalizujące”.

„Polityka, według której jedna grupa stawiana jest na piedestale, a inna zostaje wypchnięta poza margines, kłóci się ze współczesną Europą.”

Patrząc na kwestię polityki imigracyjnej, Szwecja i Węgry stoją ze sobą w sprzeczności. Pierwsze z państw uchodzi za niezwykle „hojne”. Od momentu, gdy rozpoczął się tzw. kryzys migracyjny, Szwedzi przyjęli blisko 200 tys. uchodźców lub azylantów. Węgry są krajem o podobnej populacji, ale skutecznie sprzeciwiały się napływowi imigrantów z Bliskiego Wschodu. Wzdłuż granicy z Serbią i Chorwacją postawiony został nawet mur.

Po tym, jak Bruksela krytykowała Budapeszt, Peter Szijjarto powiedział, że „imigracja nie jest jednym z podstawowych praw przysługujących ludziom”. Jeszcze mocniejsze były słowa Orbána, który uznał, że „imigracja jest jednoznaczną kapitulacją”.

Wskaźnik dzietności Węgier jest poniżej średniej UE, a w Szwecji należy do najwyższych na całym kontynencie. Przyczyną takiego stanu rzeczy, przynajmniej w pewnym stopniu, ma być napływ uchodźców.

Duży wzrost polskich budowlańców w Szwecji

Liczba zagranicznych pracowników, którzy przyjeżdżają do Szwecji na podstawie umowy o pracę tymczasową, znacznie wzrosła głównie z powodu boomu budowlanego który utrzymuje się w Szwecji.

Szwedzki Urząd Pracy (Arbetsmiljöverket) twierdzi, że polscy budowlańcy stanowią znaczny procent pracowników przyjeżdżających do Szwecji.

Ponad czterech na dziesięciu pracowników, czyli 46 400 osób przybyło z Polski w 2018 roku, co stanowi wzrost o 74 procent w porównaniu z rokiem poprzednim donosi agencja prasowa TT. 

Litwa i Łotwa zajęły drugie i trzecie miejsce, z czego ponad 7000 pracowników wysłano do Szwecji.

„Popyt jest wielki, polscy pracownicy są zwykle uważani za wykwalifikowanych rzemieślników”, mówi Arne Alfredsson do agencji prasowej TT.

Branża IT przyciąga również zagranicznych pracowników, głównie z Indii.

Dania: nowe przepisy dotyczące ubezpieczeń i zasiłków na wypadek bezrobocia.

Zmieniają się prawa dotyczące kasy ubezpieczeń i zasiłków na wypadek bezrobocia. Zgodnie z nowymi przepisami, osoby ubezpieczone od utraty pracy (tak zwani „A-kasser”) muszą legitymować się odpowiednią dokumentacją w przypadku pobytu za granicą.

Wypłaty dla członków A-kasse są częściowo finansowane przez państwo, a częściowo z opłat członkowskich.

Zgodnie z obowiązującymi przepisami obywatele państw spoza UE i EOG, mający zezwolenie na pobyt w Danii, muszą być członkami A-kasse przez co najmniej jeden rok i przez ten okres pracować w Danii w pełnym wymiarze godzin, aby móc uzyskać ubezpieczenie na wypadek bezrobocia.

Wymogi te zostały znacznie zaostrzone w ostatniej reformie, według której wszyscy członkowie A-kasse będą musieli udokumentować swój pobyt w Danii lub innym kraju UE lub EOG przez siedem z ostatnich ośmiu lat. Inaczej nie będzie im przysługiwał zasiłek.

Wypowiedź dyrektorki Szwedzkiej Federacji Pływackiej uznana za islamofobiczną. Odebrano jej status prezesa.

Ulla Gustavsson, zarządzająca Szwedzką Federacją Pływacką (Svenska Simförbundet), musiała zrezygnować ze swego stanowiska. Wszystko za sprawą komentarzy, które uznano za islamofobiczne. Gustavsson uznała, że zakrywanie twarzy kobietom jest formą ucisku społecznego.

Według Gustavsson stroje zasłaniające kobiece twarze są seksistowskie i nasilają opresje.

Narodowe Stowarzyszenie Kultury Sportowej opublikowało niedawno w sieci zdjęcie, przedstawiające młodą muzułmankę w tradycyjnym dla islamu, jednoczęściowym stroju. Fotografia miała promować ideę inkluzji społecznej, ale nie została pozytywnie odebrana przez Gustavsson.

Była prezes Federacji Pływackiej uznała, że zdjęcie kłóci się z wartościami ważnymi dla Szwedów, w tym z równouprawnieniem obu płci. Ma ponadto „zachęcać do wspierania małżeństw z osobami nieletnimi, przemocy – także seksualnej – i tak zwanej kultury honoru”.

Na zdjęciu widzimy też broń pneumatyczną, którą wymachuje dziecko.

„Zasłona padająca na twarz ma seksualizować kobietę i ją uprzedmiotowić. Na pewno nie powinna jej nosić mała dziewczynka”, zapewnia Gustavsson, jednocześnie uznając kawałek materiału za symbol opresji religijnej.

Słowa Szwedzki spotkały się z kontrofensywą. Organizacje walczące o prawa człowieka uznały wypowiedź za „atak werbalny”, nacechowany islamofobią.

„Ulla Gustavsson odniosła się do zwykłego stroju tak, jakby był bezpośrednią przyczyną zbrodni, okaleczania narządów płciowych, wymuszonych ślubów z dziećmi.

To nie tylko szczyt ignorancji, ale też pokaz niczym nieuzasadnionej islamofobii”, powiedziała Kristina Wicksell z organizacji Make Equal. Opinii tej wtóruje Maria Henriksson, odpowiedzialna za kampanię „Shift”.

Wicksell i Henriksson gorliwie walczą o to, by muzułmanki mogły uprawiać sport w odpowiednim dla siebie kostiumie. Uruchomiły specjalną petycję, są też autorkami hashtaga #sportaslöjan („sport pod zasłoną”).

Świeżo upieczona szwedzka minister ds. demokracji i kultury, Amanda Lind, uważa, że na zdjęciu powinny być pokazywane też inne szwedzkie dzieci, które uprawiają sport – nie tylko muzułmanka. Lind „zasłynęła” swoją wypowiedzią na temat Mehmeta Kaplani – byłego ministra, wiązanego z tureckimi nacjonalistami. Według Lind, Kaplani to „pionier” i „bohater”.

Są też osoby, które podzielają poglądy Gustavsson.

„Nie można dyskutować na temat muzułmańskiej zasłony na twarz, nie odnosząc się do jej kontekstu kulturowego. Gdy go zignorujemy, machniemy też ręką na ograniczanie wolności, z jakim boryka się tak wiele kobiet.

Ile kobiet chciałoby nosić ten strój z własnej woli, gdyby nie istniały restrykcje społeczne, gdyby nie istniał system kar i przywilejów religijnych?”, pisał Devin Rexvid – doktorant socjologii na Uniwersytecie Umea. Jego felieton ukazał się w dzienniku „Göteborgs-Posten”.

Mimo to, Gustavsson musiała zrezygnować z pełnionej dotychczas funkcji. Wiceprezes Szwedzkiej Federacji Pływackiej Stefan Persson pochwalił pracę Gustavsson i jej wkład w pływactwo – zarówno na szczeblu krajowym, jak i ogólnoświatowym. Konsensus był jednak taki, że kobieta została zwolniona.

„Szwedzka Federacja Pływacka bardzo poważnie podeszła do niedawnej debaty. Ulla Gustavsson nie spełnia już odpowiednich warunków, by sprawnie zarządzać stowarzyszeniem”, pisał Persson w oświadczeniu. „Jej osobiste spostrzeżenia kontrastują z naszymi poglądami. Wierzymy, że wszystkie dzieci powinny uprawiać sport na tych samych warunkach.”

Melodifestivalen to bardzo drogi interes

Melodifestivalen – doroczny konkurs muzyczny, stanowiący rozgrzewkę przed finałem Eurowizji – jest wielkim i hucznym wydarzeniem.

Organizacja koncertów każdego roku pochłania potężne sumy pieniędzy. Jak wielkie? Z tematem rozprawiono się na antenie Sveriges Radio, w programie „Medierna”.

Odpowiedzi były jednak dość wymijające i zdawkowe.

Hanna Stjärne, dyrektor generalna SVT, ujawniła, że koszty realizacji „liczone są w milionach”. Komisja rewizyjna ds. radiofonii i telewizji nigdy nie mówiła o tych szczegółach otwarcie.

„Postępujemy zgodnie z etyką biznesową i obowiązuje nas tajemnica handlowa. To, jak wiele kosztuje organizacja i przeprowadzenie Melodifestivalen, jest poufną informacją, a nasi partnerzy nie chcą ujawniać szczegółów”, zaznacza Stjärne.

Więcej do powiedzenia miała Eva Hamilton – prezes SVT w latach 2006-2014. Jej zdaniem przygotowanie konkursu i późniejsza emisja telewizyjna kosztują każdego roku okrągłe 2 mln koron za każdą godzinę czasu antenowego (825 tys. złotych).

Dziennik „Aftonbladet” sugeruje natomiast, że „stawka godzinowa” wzrosła do 2,5 mln SEK (1mln złotych).

Przyjmując ten rachunek, sama emisja jednego odcinku Melodifestivalen w telewizji może kosztować od 25 do około 30 mln koron (10-12 mln zł). Warto bowiem zaznaczyć, że czas trwania konkursu sięga czasem dziesięciu godzin.