Zarezerwowanie miejsca w hostelowym dormitorium w centrum Bergen w sierpniu kosztuje przeciętnie między 500 a 800 koron norweskich za noc — czyli, przy aktualnym kursie, gdzieś między 200 a 320 złotych. Podobny standard w Krakowie — w historycznej kamienicy przy Starym Mieście, z własną kuchnią, pralnią i lounge’em na podwórzu — to 50 do 80 złotych. Różnica jest tak duża, że przy pierwszym kontakcie z norweskim rynkiem można pomyśleć, że ktoś się pomylił w wycenie. Nikt się nie pomylił.
Za tą dysproporcją stoi przede wszystkim koszt pracy. Minimalne stawki godzinowe w Norwegii — negocjowane branżowo i rewaloryzowane co roku — są wielokrotnie wyższe niż te obowiązujące w Polsce. Hostel zatrudniający recepcjonistę, pracownika kuchni i osobę sprzątającą płaci tam miesięcznie kwoty, które polskiemu właścicielowi zajęłyby kilka miesięcy operowania całym obiektem. Ta różnica ląduje bezpośrednio w cenie noclegu. Właściciel norweskiego hostelu nie ma możliwości obniżenia marży poniżej pewnego poziomu, bo koszty stałe na to nie pozwalają, nawet jeśli chciałby być konkurencyjny.
Do kosztów pracy dochodzą podatki i opłaty operacyjne. VAT na usługi noclegowe w Norwegii wynosi dwanaście procent, co przy i tak wysokiej bazie cenowej podbija rachunek jeszcze bardziej. Ogrzewanie starszego budynku przez norweską zimę — a Scandynawskie zimy potrafią ciągnąć się od października do marca — generuje rachunki, które w Polsce byłyby kwalifikowane jako koszt kwartalny, a nie miesięczny.
Komercyjne czynsze w Oslo i Bergen należą do najwyższych w Europie, niezależnie od standardu lokalu. Hostel w centrum Bergen to nieruchomość, za którą właściciel płaci jak za lokal w najdroższych dzielnicach Warszawy — przy stawkach wynagrodzeń wielokrotnie wyższych niż w Polsce.
W polskich miastach mechanizm działa dokładnie odwrotnie. Kraków, Wrocław i Warszawa mają gęsto zabudowane centra historyczne z dużą ilością kamienic nadających się do adaptacji na hostele bez kosztownych przebudów. Podaż miejsc noclegowych jest wysoka, konkurencja intensywna, a koszty operacyjne na tyle niskie, że osiemnastopercent zysku przy trzydziestozłotowej cenie doby jest w Polsce możliwe. Polskie hostele nie mogą sobie pozwolić na podnoszenie cen powyżej rynkowej normy, bo gość z Booking.com ma do wyboru kilkadziesiąt alternatyw w promieniu pół kilometra.
Warto też spojrzeć na to, co te ceny faktycznie kupują. Norweskie hostele muszą jakoś uzasadnić swoją stawkę, więc często inwestują w solidne wykończenia, eco-certyfikaty i nowoczesny design — bo gość płacący 700 koron za nocleg ma względem obiektu inne oczekiwania niż backpacker z plecakiem szukający łóżka za parędziesiąt złotych. Polskie hostele z kolei od lat specjalizują się w dobrze zaprojektowanej prostocie: czysto, centralnie, sprawnie. Kilka flagowych obiektów w Krakowie czy Gdańsku zdobywało nagrody europejskie w swojej kategorii — nie dlatego, że są tanie, ale dlatego, że przy tym budżecie robią naprawdę dobre wrażenie.

Dla podróżnika planującego budżet na wyjazd do Skandynawii ta różnica ma całkowicie praktyczny wymiar. Tygodniowy pobyt w Oslo w hostelu pochłonie mniej więcej tyle samo co dwutygodniowy pobyt w Krakowie, przy podobnym standardzie. To nie jest ukryty koszt Norwegii — to dosłownie cena życia w kraju, gdzie sprzątaczka zarabia tyle, ile w Polsce wynosi pensja specjalisty. Kto jedzie do Norwegii z budżetem polskiego backpackera, nieodmiennie wraca z pustym kontem szybciej niż zakładał.
