Norwegia importuje lekarzy z Polski i Rumunii , System opieki zdrowotnej ma strukturalny problem

System opieki zdrowotnej

Norwegia wydaje na ochronę zdrowia więcej niż niemal każdy inny kraj na świecie. System jest powszechny, finansowany z podatków, a dostęp do opieki medycznej traktowany jako prawo każdego obywatela. Na tym tle zaskakuje jeden fakt, który rzadko pojawia się w oficjalnych narracjach o skandynawskim sukcesie: kraj regularnie i na dużą skalę importuje lekarzy z zagranicy, bo własnych po prostu nie ma wystarczająco dużo.

Polska i Rumunia należą do głównych źródeł tej rekrutacji. Norweski system opieki zdrowotnej zatrudnia tysiące lekarzy wykształconych w innych krajach UE i EOG — część z nich trafia do szpitali w dużych miastach, część do placówek w odległych regionach, gdzie norwegscy absolwenci medycyny po prostu nie chcą pracować. Nie dzieje się to przypadkowo i nie jest przejściowym zjawiskiem. To element strukturalny, który od dekad łata dziury powstające na styku demografii i polityki kształcenia.

Źródło problemu jest dość konkretne. Norweskie uczelnie medyczne od lat funkcjonują z ograniczonymi limitami przyjęć — rekrutacja jest restrykcyjna, liczba miejsc stacjonarnych niewystarczająca wobec rosnącego zapotrzebowania. Jednocześnie starzejące się społeczeństwo generuje coraz większy popyt na opiekę medyczną, szczególnie w obszarze geriatrii i opieki długoterminowej. W tym samym czasie mechanizmy kontroli kosztów ograniczają liczbę dostępnych miejsc rezydenckich dla specjalistów. Efekt jest przewidywalny: zbyt mało lekarzy w systemie, zbyt wiele luk do zapełnienia.

- Reklama -

Dla lekarzy z Polski czy Rumunii Norwegia oferuje warunki trudne do odrzucenia. Zarobki są kilkukrotnie wyższe niż w kraju, praca jest stabilna, a formalności związane z uznaniem dyplomów w ramach UE są uproszczone. Nie ma w tym nic dziwnego — to racjonalna decyzja jednostek funkcjonujących na wspólnym europejskim rynku pracy. Problem polega na tym, że ta racjonalność jednostkowa ma zbiorowy koszt. Polska i Rumunia tracą wykształconych specjalistów, których kształcenie sfinansowały — a ich własne systemy opieki zdrowotnej, i tak borykające się z niedoborami, stają się jeszcze bardziej napięte.

Jest też wymiar, o którym mówi się rzadziej: jakość weryfikacji zagranicznych dyplomów i historii zawodowej lekarzy przybywających do Norwegii. Badania i raporty instytucji nadzorczych wskazywały na przypadki, w których lekarze cofnięci lub ukarani dyscyplinarnie w jednym kraju EOG kontynuowali praktykę w innym — bez automatycznego przepływu informacji między organami regulacyjnymi. Procesy weryfikacyjne między krajami członkowskimi wciąż nie działają tak sprawnie, jak powinny. Norwegia nie jest tu wyjątkiem, ale skala rekrutacji zagranicznej sprawia, że problem jest bardziej widoczny.

Osobna trudność to marnowanie kompetencji — tak zwany brain waste. Część zagranicznych lekarzy, mimo pełnych kwalifikacji, utknęła w biurokratycznych procedurach akredytacyjnych: testach językowych, przydziałach do staży klinicznych, nierozwiązanych kwestiach formalnych. Zamiast leczyć pacjentów, czekają. System rekrutuje, ale nie zawsze potrafi efektywnie wchłonąć tych, których sprowadził.

- Reklama -
System opieki zdrowotnej
System opieki zdrowotnej

Norweskie władze zdają sobie sprawę z tych napięć — dyskusja o limitach na uczelniach medycznych pojawiała się w parlamencie wielokrotnie. Jak dotąd bez istotnych zmian strukturalnych. Tymczasem liczba lekarzy pracujących w Norwegii z dyplomami zdobytymi za granicą przekroczyła już jedną trzecią całego zasobu lekarskiego — i trend ten w najbliższych latach raczej nie ulegnie odwróceniu.

Udostępnij