W lipcu uliczki Visby wyglądają inaczej niż przez większość roku. Brukowane ścieżki, które w październiku można przejść w spokoju, latem zapychają się turystami z walizkami na kółkach, rowerami i wózkami dziecięcymi. Kawiarnie mają kolejki. Parkowanie staje się osobnym sportem. Właściciele lokalnych sklepów zarabiają tyle, ile się da, bo dobrze wiedzą, że za dwa miesiące znów będzie cicho. To zjawisko, które w teorii brzmi jak sukces — wyspa przyciąga prawie dziewięćset tysięcy gości rocznie — w praktyce zaczyna coraz bardziej uwierać.
Gotlandia jest największą szwedzką wyspą, oddalona od kontynentu o jakieś osiemdziesiąt kilometrów drogi morskiej, z dobrymi połączeniami promowymi z Nynäshamn i Oskarshamn. Stała populacja liczy około sześćdziesięciu tysięcy osób. To niewielka baza, na której każdego lata ląduje masa odwiedzających: turystów na krótki pobyt, stałych letników z domkami letniskowymi oraz właścicieli drugich domów z kontynentu, którzy traktują wyspę jak sezonową przystań. I tu zaczyna się problem, który władze regionalne próbują rozwiązać od lat bez większego powodzenia.
Właściciele domów letniskowych i mieszkań wakacyjnych korzystają z miejskiej infrastruktury — dróg, wodociągów, służby zdrowia, odbioru odpadów — ale swoje podatki płacą tam, gdzie jest zameldowanych na stałe. Gmina Gotlandia ponosi koszty, lecz nie otrzymuje odpowiadających im wpływów. Samorząd wielokrotnie liczył, ile wynosi ta dysproporcja, i każdy taki rachunek wychodził na niekorzyść wyspy. Regionalni politycy od dawna naciskają na rząd w Sztokholmie, żeby umożliwić im wprowadzenie jakiegoś mechanizmu, który pozwoliłby turystom choć częściowo partycypować w kosztach. Szwedzkie prawo na razie tego nie przewiduje.
Visby, wpisane na listę UNESCO jako jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast Skandynawii, jest miejscem, gdzie ten konflikt widać najwyraźniej. Wzrost liczby wynajmów krótkoterminowych — Airbnb i podobne platformy — sprawił, że właściciele mieszkań coraz chętniej rezygnują z długoterminowych najemców na rzecz sezonowego biznesu.
Dla tych, którzy pracują na wyspie przez cały rok i potrzebują przyzwoitego miejsca do życia, to poważny problem. Ceny najmu poszły w górę, dostępność spadła. Ruch samochodowy w wąskich uliczkach starego miasta bywa w szczycie sezonu nie tyle uciążliwy, co po prostu absurdalny — samochody, dla których nie ma tu fizycznie miejsca, jakoś i tak się tam pojawiają.
Osobną kwestią są obszary przyrodnicze. Charakterystyczne raukar — wapienne formacje skalne sterczące przy plażach na Gotlandii i sąsiednim Fårö — stały się w ostatnich latach niemal obowiązkowym tłem do zdjęć. Turystów trudno winić za to, że schodzą ze szlaków, żeby zrobić lepsze ujęcie. Ale zbiorowy efekt tysięcy takich decyzji jest widoczny: wydeptana roślinność, zniszczone podłoże, wyraźne ślady tam, gdzie ślady być nie powinny.

Nie ma tu jednego winnego i jednego rozwiązania. Gotlandia przez lata aktywnie promowała się jako wakacyjna destynacja i dobrze na tym wyszła — przynajmniej część mieszkańców. Teraz zbiera się z tym rachunek. Inne popularne wyspy europejskie — Baleary, Santorini, Wenecja — przerabiają podobny scenariusz i żadna nie znalazła na razie odpowiedzi, która zadowoliłaby wszystkich. Gotlandia jest na tym samym etapie: między sukcesem a jego konsekwencjami, szukając granicy, za którą popularność zaczyna niszczyć to, co ją przyciągało.
